Leonia "Duch" Wickers alias Bachor

1
Imię i nazwisko: Leonia "Duch" Wickers
Wiek: 16 lat
Wzrost: 155 cm
Waga: 43 kg, drobna budowa ciała
Kolor włosów: czarne
Kolor oczu: bardzo ciemnobrązowe

"Szczur kanałowy" na Cytadeli, informator, znany pod pseudonimem "Duch" /River Dance z uporem maniaka nazywa ją jednak "Bachorem" psując jej image/



Leonia przemykała wąskim szybem wentylacyjnym, “na skróty” przemierzając drogę między slumsami mieszkalnymi, a dzielnicą magazynową. Powoli przestawała się mieścić w tunelach, w ostatnim roku monstrualnie rozrosły jej się biodra …. skrzywiła się na samą myśl. To była jednak tylko jej własna skrzywiona ocena wizerunku, bo w zasadzie Leo, mimo swoich całych 16 lat wyglądała, jak czternastoletni w sporych porywach, chłopak: wątłe, chude ręce i nogi, długie jak u pająka, mimo niskiego wzrostu, nijak według niej nie pasujące do reszty ciała - płaskiego torsu z lekko zarysowanymi, zawiniętymi elastyczną opaską piersiami i tymi “monstrualnymi biodrami”, które w rzeczywistości były jedynie kilka centymetrów okrąglejsze, niż rok temu. Dzięki krótkim włosom i azjatyckim, po matce, rysom twarzy, z powodzeniem mogła uchodzić za chłopaka. Młodszego chłopaka, niż dziewczyna, którą rzeczywiście była. W tym świecie nie było dobrze być młodą dziewczyną, zbyt wielu amatorów świeżego mięsa.
Od rana czuła, że dziś będzie jej szczęśliwy dzień. Jej “ptaszki” doniosły, że coś grubszego szykuje się przy magazynach. Dzięki zdobytym tam informacjom, które sprzedała Tancerzowi, zje dzisiaj wreszcie coś przyzwoitszego niż to, co uda jej sięzwykle wyżebrać przy “Pikantnych Kluskach”, albo wygrzebać z utylizatora Prezydium.
Przecisnęła się przez otwór kratki wentylacyjnej lądując miękko i cicho na podeście pod nią. Wokół wciąż było wiele niedoróbek, jak ta, która sprawiała, że “wentylacja Tayseri” to były tylko puste słowa, a klimatyzacja wydawała się nieśmiesznym żartem, powodując że codziennie miała wrażenie, że kiedy wreszcie opuści kanał będzie jedynie potrawą z grilla. Dwa lata to niezbyt wiele czasu, żeby odbudować całkowicie rozległe zniszczenia tak ogromnej stacji kosmicznej, dwa lata, w których dzień po dniu uczyła się żyć od nowa w całkiem odmiennych realiach, które chichocząc śmiechem wariata przygotował dla niej los uśmiercając w ataku całą rodzinę. Czarne, lekko skośne oczy łypnęły wokoło, zanim przyczajona Leo zdecydowała się na opuszczenie cienia, który dawał jej schronienie. Przemknęła miękko i bezszelestnie po kratce wentylacji próbując znaleźć idealną dla siebie pozycję z perfekcyjną fonią i wizją. Za zakrętem stanęła jednak jak wryta marszcząc gniewnie czarne i wygięte, jak krucze skrzydła, brwi - strzelanina na dole właśnie się zaczęła. Cofnęła się na powrót w cień … w końcu ksywka zobowiązywała. “Duch”, jakim była dla swoich kontrahentów i znajomych, pojawiał się znikąd i znikał bezszelestnie … no chyba, że chciała zostawić ślad. No i chyba, że kontrahentem był Tancerz …. wtedy nieodmiennie była “Bachorem”. Zajęła dogodną i bezpieczną dla siebie pozycję, nie chciała zarobić przypadkowej kulki. Wyciągnęła szyję, łowiąc wzrokiem kolejne centymetry podestu technicznego. Nieruchomy mężczyzna przyrośnięty do snajperki nie widział niczego poza celownikiem swojego karabinu, skupiony na akcji poniżej. Lubiła go obserwować przy pracy. Potrafił tak leżeć godzinami.
Protectors of the Earth

Leonia "Duch" Wickers

2
Rozłożyła na swoim biurku holotablet z rozpoczętą prezentacją na zaliczenie. Nie zostało zbyt wiele czasu, jeszcze tylko tydzień. Musi się zabrać do roboty, jeśli chce to skończyć w porę i korzystając z kilkudniowej przerwy międzysemestralnej, odwiedzić rodziców. Stojący na biurku holograficzny obraz przedstawiający uśmiechniętą rodzinę: kobietę o japońskiej urodzie gejszy, wyższego od niej o głowę łysiejącego mężczyznę o poważnej twarzy i wyszczerzoną od ucha do ucha dwunastoletnią dziewczynkę między nimi, z włosami splecionymi w dwa warkocze, ze zmrużonymi, lekko skośnymi czarnymi oczami, wysoko zarysowanymi kośćmi policzkowymi i rzędem równych, białych zębów. Uśmiechnęła się mimowolnie - pamiętała, kiedy zrobiono to zdjęcie - to było dwa lata temu, w dniu jej 12 urodzin na Ziemi, jeszcze zanim przenieśli się na Cytadelę, zanim ojciec dostał ten awans. Spojrzała na szklankę stojącą na biurku, poruszyła odrobinę palcami czując mrowienie w opuszkach, kiedy pokryły się błękitną emanacją. Skupiła się bardziej i błękitne płomienie zaczęły lizać całe palce. Wyobraziła sobie kanał z cząsteczek powietrza, który przepuszczając strumień jej energii objął szklankę i przysunął w jej stronę. I szklanka rzeczywiście: uniosła się chwiejnie nad blat biurka, aby po chwili dotknąć jej dłoni. Objęła chłodny kompozyt i jednym łykiem opróżniła zawartość wysyłając następnie brudne naczynie biotyczną siłą na skraj blatu obok jej szafki. Tak. Pani Richmond byłaby z niej zadowolona. Wróciła do otwartych okien holoekranu i skupiła się ponownie na zadaniu, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie będzie mogła opuścić Akademię Grissoma, żeby spotkać się z rodzicami.
***
Sometimes the most brutal path is the only honest one.
cron